Blog o Prawie

prasówka

Nie jestem blogowym bogiem

Ludzie, którzy z powodów mniej lub bardziej zawinionych wpadają w tarapaty, patrzą na prawnika jak na Mistrza, który ma z tyłu głowy rozwiązanie na bolączki, a jeśli go nie ma, to poruszy niebo i ziemię i sięgnie choćby po najbardziej zakurzoną książkę z najwyższej półki, by tylko problem rozwiązać. Na blogową skrzynkę często przychodzą wiadomości, których autorzy wciąż zdają się mieć nadzieję, że wyciągnę z kapelusza proste rozwiązanie, które zastrzeli skutecznością drugą stronę. Robię co w mojej mocy, ale po pierwsze: spraw nie prowadzę (nie mam uprawnień, doświadczenia zresztą też mi brakuje), po drugie: raczej nie piszę pism (są wyjątki, ale dotyczą jakichś naprawdę prostych i nie zabierających dużo czasu problemów) i wreszcie po trzecie: nie angażuję się w sprawy, do których próbuje mnie zachęcić dłużnik. Odpisuję, jasne, ale raczej nie wczuję się w rolę.

Ja wiem, w życiu bywa różnie i czasem ktoś staje w obliczu spłacenia zadłużenia, do powstania którego przyczynił się nieświadomie lub pod wpływem wprowadzenia w błąd. Taką sytuacją jest na przykład zawarcie umowy z firmą sprzedającą cudowne garnki albo tego, że na świecie jest wielu nieuczciwych ludzi, którzy posługują się cudzymi danymi osobowymi do zawierania umów, a firmy nie weryfikują prawidłowo swoich klientów. To sytuacje nie do pozazdroszczenia i nad nimi się pochylę. Jeśli jednak ktoś pyta, w jaki sposób uniknąć konieczności spłacania długu (i sam zresztą podpowiada, że wie, że należy odpowiednio szybko zrobić darowiznę ze swojego majątku i chce ze mną uzgodnić szczegóły techniczne), to niech na mnie nie liczy. Długi się spłaca, a umówmy się, że większość spraw, które spływają do komorników – to jednak wyraz autentycznej niechęci dłużnika do regulowania swoich zobowiązań. Zanim sprawa trafia do komornika, toczy się sprawa w sądzie i ona służy waśnie temu, by ten, kto nie uważa się za dłużnika, mógł się obronić, pokazać dokumenty, złożyć zeznania.

detektyw.jpg

Zdradzę Wam coś: mam niecałe trzydzieści lat i jestem wierzycielem już w dwóch postępowaniach egzekucyjnych. Sami rozumiecie – jestem cięta na tych, co się nie poczuwają ;]

A dlaczego o tym piszę? Taką wiadomość dostałam. I odpisałam, tylko nie robiłam człowiekowi nadziei. Może są prawnicy, którzy znajdą rozwiązanie, bo jak ktoś umie, to gładko (i skutecznie) będzie balansował między przepisami. Ja nie chcę.

Czytelnik nie opisał swojej sytuacji. Jeśli w tarapaty popadł nie ze swojej winy, to przepraszam za to, że szybko go osądziłam. Przepraszam, zwracam honor i pochylę się nad sprawą. Rzecz w tym, że nie opisał, w jaki sposób do powstania zadłużenia doszło, więc mogę domniemywać, że jednak o czymś zapomniał lub miał nadzieję, że wierzyciel zapomni.

Problem (pisownia oryginalna):Jestem dłużny wierzycielowi 4294 pl + odsetki  134.01 . Z dniem dzisiejszym zawitał u mnie komornik i łączny koszt wszystkiego to 6227.75!!!!!!!

To jest 30% kosztów sądowych . Proszę pilnie o pomoc co mogę zrobić żeby uniknąć takich kosztów komorniczych . Proszę o kontakt przez email lub telefon xxx xxx xxx"

Moja odpowiedź: Dzień dobry. Nic Pan nie zrobi. Gdyby dług został spłacony we właściwym czasie (a wierzyciel na pewno wcześniej wystosował wezwanie do zapłaty, na które należało zareagować), nie płaciłby Pan dodatkowych kosztów. Sprawa "obiła się" tymczasem o sąd (znów miał Pan czas na reakcję), Pan czekał. Po wyroku był czas na załatwienie sprawy bez udziału komornika, ale gdy ten czas upłynął, wierzyciel mia prawo do wystąpienia o pomoc do komornika i teraz już właściwie nic nie da się zrobić. Może Pan prosić wierzyciela o cofnięcie egzekucji, ale chyba mało prawdopodobne, by się na to zgodził. Tak czy inaczej, jest taka możliwość. 

 

 ____________________________________

O komornikach pisałam przed kilkoma dniami w Gazecie Wyborczej. Zagadnienie jest wręcz absurdalne, a komentarze pod artykułem nie pozostawiają wątpliwości, że ludzie są po prostu rozgoryczeni regulacjami przewidzianymi w polskim prawie i tym, że swoją niewinność musi udowadniać.... niewinny oczywiście.
 

O sprawie przeczytacie w Gazecie Wyborczej